Felietony
Kto zwyciężył?
     C. Crispien
 
     Pewnego popołudnia przeznaczone do gry pokoje w kawiarni Nitouche były przeludnione. W salonie bridżowym opowiadano przyzwoite dowcipy (ze względu na obecność pań), z pokoju bilardowego dochodził przyjemny, czysty trzask kul z kości słoniowej, a w pokoju dla szachów, pod potężną chmurą dymu z papierosów siedzieli, gęsto przez kibiców oblężeni, zapaleni wyznawcy gry królewskiej. W najwyższym skupieniu uwagi trwali zamyśleni w zupełnym milczeniu, witając chwilowe odprężenie głębszym oddechem lub jakąś uwagą pod adresem kibiców. Tylko od czasu do czasu ktoś mówił podniesionym głosem:
- No niechże się pan podda wreszcie. Buduję przecież drugiego hetmana! - lub czasem spoza frontu słychać było głuchy głos:
- Teraz przychodzi miażdżące posunięcie!

Kiedy Brant z Inką znaleźli się w tym pokoju, ta powiedziała rozczarowana:
- Pfui! Czy jest tutaj powietrze! Czy naprawdę chcesz tu zostać?
     Bez wątpienia wśród innych okoliczności byłby Brant więcej na nią zwracał uwagi, po dłuższej jednak przerwie tak stęsknił się za partją szachów, że wszystko inne było mu obojętne. Mistrz, którego obowiązkiem było zestawić partję, już się zbliżał, gdy Inka w międzyczasie zauważyła młodego człowieka ze śliczną jasną czupryną, który siedział sam w kącie, z szachami obok szklanki z kawą.
- O, Wilczku, graj z tym! - krzyknęła - on wygląda na silnego gracza. Brant gniewnie zmarszczył brwi. Co za nierozwaga! Z zewnątrz przecież tego nie można poznać. Szachy to nie boks.
     Był jednak zadowolony, że Inka tak szybko przyzwyczaiła się do dymu i chciała zostać. Mistrz ceremonji załatwił wzajemne poznanie się, usiedli przy stole młodego człowieka, przeciwnicy naprzeciwko siebie, a Inka we fotelu "jako sędzia rozjemczy", jak to żartobliwie powiedziała. Jej humor poprawił się odrazu.
     Rozpoczęła się gra, Brant grał białymi i otworzył partię bardzo ostrożnie i solidnie, podczas gdy jego przeciwnik robił wprost niezrozumiałe posunięcia. Przy tym wiele mówił, ponieważ Inka zadawała mu dużo pytań. Wkrótce przyszło do tego, że on częściej patrzył w oczy Inki, aniżeli na szachownicę. Brant był z całym zapałem przy partji. Zręcznie sprowokował ruch pionem na skrzydle króla i wnet rozwinął atak na roszadę przeciwnika. Po kilku posunięciach młody blondyn znalazł się w pozycji bez wyjścia. Wtem wchodzi do pokoju boy w zielonym mundurku, rozglądnął się i zawołał:
- Pan doktor Brant proszony jest do telefonu!
     Przepraszając Brant wstał i wyszedł. A tymczasem Inka nie przestawała rozmawiać z młodym blondynem. Pytała czy on częściej przychodzi tutaj grać. Może w oznaczonych dniach?
- Właściwie nie - powiedział ten - jestem tutaj bardzo rzadko i bardzo nieregularnie.
     Zobaczywszy jednak w oczach Inki wyraz rozczarowania, dodał z uśmiechem:
- Mogę jednak tak się urządzić, że powiedzmy - każdej środy o piątej będę przychodził.
     Inka skinęła głową i uradowna bawiła się skoczkiem, który stał już poza szachownicą.
- Ach tak - szepnęła - to odpowiednia pora.
     Brant wrócił i usiadł przy szachownicy. Zanim jednak mógł się znowu wgłębić w partję, blondyn zrobił bezradny ruch ręką.
- Analizowałem właśnie partję - powiedział. - Widzę, że nie ma już ratunku. Poddaję!
- No tak. To posunięcie pionem na skrzydle króla zadecydowało o tak szybkiej przegranej.
- Tak jest - potwierdził blondyn.
     Po wyjściu z kawiarni Brant uznał za stosowne dać Ince pouczający mały wykład:
- Widzisz dziecko, że silnego gracza nie poznaje się z wyglądu. Ten człowiek to roztrzepaniec. Bez zdolności skupienia się. Tak, w szachach to zupełnie jak w życiu. Nie jest to nowe porównanie, lecz brzmi ono: kto nie uważa, musi przegrać!
- Tak jest - dorzuciła Inka zgodnie.

     "Szachista" Lwów, 1933, s. 112-113.
     Tłumaczył "Espe".

http://szachowavistula.pl/vistula/

e-mail

Valid XHTML 1.0 Transitional