Felietony
KAWIARNIE SZACHOWE I ICH MISTRZOWIE

     Czym są szachy? Nie znamy precyzyjnej odpowiedzi na to zasadnicze pytanie. Co więcej, sądzimy, że odpowiedź wcale nie istnieje. Każda definicja stanowi jedynie kolejną próbę zbliżenia się do istoty tego bogatego, wielopłaszczyznowego zjawiska. Pięknie napisał Stefan Zweig: Czyż nie są one również wiedzą, sztuką (...), myśleniem, które do niczego nie prowadzi, matematyką, która niczego nie oblicza, sztuką bez dzieł, architekturą bez substancji, niemniej jednak dowodnie trwalszą w swym bycie i istnieniu od wielu książek i dzieł?
     Czyż nie jest to jedyna gra, należąca do wszystkich ludów i wszystkich czasów, gra, o której nikt nie wie, jaki Bóg zesłał ją na ziemię, aby uśmiercić nudę, wyostrzyć zmysły, napiąć ducha?
file:///home/vist/projekty/vistula.linuxpl.eu/felietony/body/kawiar.htm      Gdzież jest w niej początek i gdzie koniec? Każde dziecko może się nauczyć jej podstawowych reguł, a jednak w granicach ciasnego kwadratu może ona wytworzyć specjalny rodzaj mistrzów, których nie da się porównać z żadnymi innymi, ludzi z jednym właśnie szachowym talentem, specyficznych geniuszów, u których wizja, cierpliwość i technika działają w równie i ściśle określonych proporcjach jak u matematyka, u poety, u muzyka, tylko w odmiennych nawarstwieniach i połączeniach (*).
     Naciskani przez poszukujących bliższej definicji, eksperci odpowiadają niekiedy, że szachy to jednocześnie gra, sztuka, nauka i sport. I ta definicja może okazać się trafna i wystarczająca, z jednym wszelako zastrzeżeniem - dwieście lat temu szachy nie były sportem z tego prostego powodu, że pojęcie to wówczas nie istniało!
     Na przełomie XVIII i XIX wieku szachiści, wraz ze zwolennikami bilardu, domina, a także wista i innych gier karcianych, zbierali się w zadymionych salach kawiarnianych, by tam, w tłoku i w hałasie, przy akompaniamencie komentarzy niecierpliwych kibiców, oddawać się godzinami ulubionemu zajęciu.
     "Królewska gra" stała się wówczas na tyle złożona, że królewskie i arystokratyczne głowy nie mogły już sprostać jej zawiłościom, przeto w salonach gościła tylko od święta. W dobie Rewolucji Francuskiej szachy stały się grą głównie warstw średnich, zajęciem bogatych mieszczan, posiadających nieco wolnego czasu i rezerwę gotówki pozwalającą na zapłacenie rachunku kelnerowi, ludzi o wykształconych potrzebach kulturalnych, sięgających po książkę lub czasopismo, a czasem nawet, zawodowo lub amatorsko, parających się pisaniem. Kawiarnie takie jak "Belvedere" w Berlinie, "Cigar - Divan" w Londynie, "Dominik" w Petersburgu i jeszcze kilka innych na całe dziesięciolecia stały się miejscem szachowych batalii; ich roli w historii rozwoju dyscypliny w poszczególnych krajach nie sposób przecenić.

(*) Stefan Zweig, Nowela szachowa, [w:] 24 godziny z życia kobiety inne opowiadania, przekł. I. Czermakowa), Warszawa 1957.

     Ilu mistrzów, że wspomnimy choćby Steinitza i Czigorina, wchodząc niepewnie po raz pierwszy do znakomitej szachowej kawiarni, przekraczało swój Rubikon, niejednokrotnie decydując o kształcie całego swojego życia ?
     Ludzka skłonność do hazardu w dziwny sposób przyczyniła się do rozwoju szachów. W kawiarniach grano na pieniądze albo obstawiano wyniki poszczególnych partii. Ponieważ uśmiech fortuny nie ma w szachach takiego udziału w sukcesie, jak przy grze w karty czy w kości, przed najlepiej grającymi otwierała się możliwość uczynienia z gry stałego źródła utrzymania! Szachy, nie przestając być pasjonującą grą, dla niektórych mogły stać się zajęciem zawodowym. Gracze zawodowi nieustannie doskonalili się w swym nietypowym rzemiośle, a pisząc dla wciąż liczniejszej rzeszy zwolenników podręczniki i zbiory partii komentowanych, podnosili dyscyplinę na coraz wyższy poziom.
     Warto w tym miejscu odnotować, jak wraz z upływem czasu zmienił się sens określenia "kawiarniany mistrz". Dziś jest to wyrażenie niemal obraźliwe, w istocie oznacza ono zaprzeczenie wszelkiego mistrzostwa i dotyczy kogoś, kto jest najlepszy w gronie dyletantów.
     Jeszcze przed drugą wojną światową, gdy kawiarnie w istotnym stopniu wpływały na rozwój ruchu szachowego, "kawiarniany mistrz" miał inną konotację. Był to zazwyczaj silny gracz, którego z własnego wyboru lub na skutek okoliczności utrzymywał się z gry, nie mogąc zarobkować, z powodu braku międzynarodowej klasy, startami w nielicznych wówczas turniejach lub pisaniem książek. Taki "mistrz" musiał posiadać zdolność szybkiej oceny siły ( a często słabości) potencjalnego przeciwnika, gdy ten proponował partię za pieniądze, ale przy tym domagał się forów. Musiał umieć szybko unieszkodliwić słabszego rywala, do czego przydatna była znajomość na wpół poprawnych, ryzykownych wariantów debiutowych oraz pułapek i umiejętność blefowania (niepoprawne kombinacje), a ponadto znać graczy silniejszych od siebie i bez skrępowania odmawiać gry z nimi.
     Tymczasem do końca XIX wieku mistrzem renomowanej kawiarni szachowej był najsilniejszy gracz miasta, regionu lub całego kraju. W niektórych przypadkach, gdy dotyczyło to wybranej kawiarni czy to francuskiej, czy to angielskiej czy to jednej z kilku innych, jej najsilniejszy szachista mógł należeć do ścisłej światowej czołówki. Tak więc chwała niegdysiejszym kawiarnianym mistrzom!

ŚWIĄTYNIA SZACHÓW

     Około 1688 roku przy jednym z najstarszych placów Paryża, sławnym Place du Palais-Royal, mieszczanin nazwiskiem Lefevre założył kawiarnię, nazywając ją "Cafe du Palais-Royal".
     W roku 1715 królem Francji został małoletni Ludwik XV. W jego imieniu przejściowo krajem władał Filip Orleański, książę de Chartres, pełniąc funkcję regenta. Plotka głosiła, że czuły na kobiece powaby książę Filip chętnie spędzał czas w towarzystwie pani Leclerc, młodej żony nowego właściciela "Cafe du Palais- Royal" (*), który przejął lokal po Lefevr'em tuż przed początkiem regencji. Jeden z bywalców kawiarni puścił w obieg złośliwy wiersz (**), w którym, sławiąc wdzięki pięknej kawiarki dawał do zrozumienia, że regent królestwa nie jest jej obojętny.
     Nazwa "Cafe de la Regence" przylgnęła do lokalu, okazując się nadzwyczaj odporną na korodujące działanie czasu; przetrwała ona frywolnego regenta, lekkomyślną, wiarołomną żonę, kolejne formacje historyczne, rządy i partie, głośnych polityków, wojny światowe i zamachy stanu.
     Dziś, u progu XXI wieku nie jest możliwe napisanie historii szachów bez epizodu "La Regence". Kawiarnia ta była nie tylko miejscem wypoczynku po pracy, klubem szachowym, punktem na mapie wielkiego miasta, ale też zjawiskiem kulturalnym i historycznym uwiecznionym w tysiącu relacji i anegdot prawdziwych, prawdopodobnych i zmyślonych.
     W połowie XVIII wieku kawiarnia stała się modnym w Paryżu miejscem spotkań dziennikarzy, pisarzy i szachistów. Regularnie bywali tam, a zdarzało się, że próbowali swoich sił przy szachownicy: D. Diderot, J. J. Rousseau, M. J. de la Fayette, J. d'Alembert, Wolter, B. Franklin. W 1777 roku kawiarnię odwiedził cesarz Austrii Józef II, podróżujący incognito po Francji pod wymyślonym nazwiskiem księcia Falkensteina. W 1780 roku gościł tam rosyjski car Paweł I, syn Katarzyny Wielkiej. Pasjonatem gry szachowej był Napoleon Bonaparte. W kawiarni długo z pietyzmem przechowywano marmurowy stolik, do którego umocowana była tabliczka: Stół, przy którym Napoleon, Pierwszy Konsul, grał w szachy, rok 1798.
     Szachowym mistrzem kawiarni, a miano to w różnym czasie nosili Philidor, Legal, Mouret, Deschapelles, Labourdonnais i inni wybitni gracze, był faktycznie mistrzem Francji, szachowej potęgi numer jeden.

(*) Wiktor Chenkin w piśmie "64", 1981, 21, s. 21-24, artykuł Rozkwit i upadek kawiarni de la Regence twierdzi, że sympatyzująca z regentem Leclerc była panieńskiego stanu aktorką w paryskim teatrzyku, lecz my, znając źródła francuskie, nie dajemy temu wiary.

(**) ...zatytułowany Brevet de Venus pour Mme Leclerc, maitresse du Cafe de la Regence, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Certyfikat miłosny dla pani Leclerc, władczyni kawiarni "Regencja", przy czym rzeczownik "la maitresse" może oznaczać również panią lub właścicielkę albo kochankę.

     W połowie XIX wieku kawiarnia "La Regence", w związku z szeroko zakrojonymi pracami budowlanymi wokół Luwru, została przeniesiona na ulicę Richelieu, by po niedługiej przerwie, w roku 1855 powrócić w pobliże historycznego miejsca, na ulicę św. Honoriusza 161, zachowując swój specyficzny charakter i dawną klientelę. Lokal otrzymał wówczas nowy, bogaty wystrój, w którym nie brakło motywów szachowych.
     Długo, bo aż do lat pięćdziesiątych XX wieku kawiarnia była świadkiem wielu znaczących wydarzeń sportowych. W 1858 roku młody Amerykanin Paul Morphy dał tam seans gry jednoczesnej "na ślepo" na 8 szachownicach, budząc podziw i niedowierzanie. Później grywali tam Harrwitz, Kolisch, Czigorin, Tartakower i Alechin. Nie brakowało też przybyszów z ziem polskich: Budzyński, Rosenthal, Winawer, Taubenhaus. Polski emigrant Maczuski rozegrał w kawiarni mecz z rosyjskim pisarzem Turgieniewem, w 1864 roku pojawił się tam rosyjski mistrz Aleksander Pietrow, autor pierwszej książki szachowej w języku rosyjskim, mieszkający na stałe w Warszawie, prominentny przedstawiciel rosyjskiej administracji w zaborze rosyjskim, a zarazem wielki przyjaciel Polski i Polaków. Ostatnim "wielkim" w historii sławnej kawiarni był Dawid Janowski: Po raz pierwszy pojawił się w "Cafe de la Regence" w końcu 1891 roku. Nie wiadomo, co przywiodło go do Paryża, a po prawdzie, nikt się tym nie interesował. Później dowiedzieliśmy się, że urodził się 25 maja 1868 roku w Wołkowysku, niewielkim miasteczku położonym na południe od Grodna - wspominał po latach jeden z szachistów francuskich. Nie wiadomo dokładnie, gdzie Janowski opanował tajniki szachów (w Łodzi, w Warszawie, gdzie indziej?), dość, że w 1896 roku został mistrzem kawiarni, a w latach 1898 - 1906 zaliczał się do najściślejszej światowej czołówki.
     Mijała era szachowych kawiarni, a zarazem era szachowych triumfów szachistów angielskich i francuskich. "Cafe de la Regence" zamknęła swoje sale przed szachistami, znikło popiersie Philidora i stolik, przy którym młody Bonaparte toczył swoje pierwsze zwycięskie kampanie. Dziś w dawnej "świątyni szachów" mieści się banalne biuro niewielkiego towarzystwa lotniczego.

CZTERY ANEGDOTY

Sceptyczny filozof

     (...) Jeśli zbyt zimno lub zbyt dżdżysto, chronię się do Cafe de la Regence. Tam bawię się przypatrując się grze w szachy. Paryż jest tym miejscem na świecie, a Cafe de la Regence tym miejscem w Paryżu, gdzie gra ta kwitnie najlepiej; tam mierzą się z sobą: głęboki Legal, subtelny Philidor, stateczny Mayot; tam widzi się najniespodziańsze posunięcia, tam słyszy się najlichsze rozmowy; bo jeśli można być człowiekiem szerokiego umysłu i wielkim graczem szachowym jak Legal, to można być też wielkim graczem szachowym i głupcem jak Foubert i Mayot. Pewnego popołudnia siedziałem tam, patrząc wiele, mówiąc mało i słuchając, jak najwięcej mogłem, gdy podeszła do mnie jedna z najdziwniejszych osób (...) Rameau, wychowanek sławnego Rameau (...). Przystępuje do mnie :
- Ach, to pan, panie filozofie! Cóż pan tu robi wśród tej zgrai darmozjadów? Czy i pan traci czas na przesuwanie drewna? (Tak zwą pogardliwie grę w szachy i w warcaby.)
Ja: - Nie; lecz skoro nie mam nic lepszego do roboty, bawię się chwilę, patrząc na tych, którzy dobrze przesuwają.
On: - W takim razie bawi się pan rzadko; prócz Legala i Philidora reszta nie rozumie się na tym zgoła.
Ja: - A pan de Bissy, co?
On: - Ten gracz w szachy jest tym, czym panna Clairon jako aktorka; oboje wiedzą o swych grach wszystko, czego by się można nauczyć.
Ja: - Jest pan wymagający i widzę, że darzy pan łaską tylko ludzi najznakomitszych.
On: - Tak, w szachach, w warcabach, w poezji, w wymowie, w muzyce i we wszystkich podobnych głupstwach. Komu na co mierność w tych rodzajach?
Ja: - Zgadzam się z panem prawie zupełnie. Jednak wielu musi się do tych sztuk przykładać, by powstał człowiek genialny; wówczas jest on jeden wśród mnóstwa... (*)

(*) Jest to fragment powiastki filozoficznej Kuzynek mistrza Rameau (przekł. T. Boy - Żeleński, Warszawa 1953), napisanej w 1762 roku przez Denisa Diderota (1713-1784), wybitnego przedstawiciela francuskiego Oświecenia, filozofa, krytyka literatury i sztuki, autora m.in. takich utworów jak Kubuś Fatalista i Zakonnica. Wespół z d'Alembertem zasłynął Diderot jako wydawca Wielkiej encyklopedii francuskiej czyli słownika rozumowanego nauk, sztuk i rzemiosł, liczącego łącznie 30 tomów, które, ukazując się w latach 1751-1782, były największym przedsięwzięciem naukowym i kulturalnym epoki, kształtującym atmosferę intelektualną Francji i całej niemal Europy.

Niewolnik teorii

     (...) Bagueret wpadł na pomysł nauczenia mnie szachów, w które grywał nieco. Spróbowałem prawie wbrew woli, ale skoro tylko nauczyłem się jako tako poruszeń, czyniłem tak szybkie postępy, że pod koniec pierwszego seansu dawałem mu wieżę for, którą on mi dawał na początku. Nie trzeba było więcej; zwariowałem na punkcie szachów. Kupuję sobie szachownicę, podręcznik, zamykam się w pokoju, trawię dni i noce, usiłując się wyuczyć na pamięć wszystkich partii, wpakować je sobie w głowę dobrowolnie lub przemocą, grywając sam ze sobą bez wytchnienia. Po dwóch czy trzech miesiącach tej pięknej pracy i niepojętych wysiłków idę do kawiarni wychudły, żółty, niemal ogłupiały. Próbuję się z Bagueretem, ponawiam próbę - bije mnie raz, dwa razy, dwadzieścia razy. Tyle kombinacji pomieszało mi sie w głowie; mózg miałem tak osłabiony, że ciemno mi się po prostu robiło przed oczami. Za każdym razem, kiedy z książką Philidora albo Stammy chciałem się ćwiczyć w rozgrywaniu partyj, przytrafiało mi się to samo: wyczerpawszy się wysiłkiem, zamiast grać lepiej, grałem gorzej niż wprzódy. Zresztą, czy zaniedbywałem szachy, czy też, grywając więcej, znów przypomniałem je sobie, nigdy o włos nie postąpiłem poza ten pierwszy sukces i zawsze odnalazłem się w tym samym punkcie. Gdybym się ćwiczył tysiąc wieków , wszystko co mógłbym osiągnąć, byłaby wieża for Bagueretowi i nic więcej. To piękne użycie czasu! A wierzajcie mi, zużyłem go niemało. Przerwałem pierwszą próbę dopiero wówczas, kiedy mi już zupełnie sił nie stało. Kiedy wyszedłem wreszcie z pokoju, wyglądałem jak nieboszczyk i z pewnością przy tym trybie byłbym nim został niedługo... (*)
(*) Ta pesymistyczna wizja zmagań z szachami pochodzi od Jeana Jacquesa Rousseau (1712-1778), wybitnego francuskiego pisarza (Nowa Heloiza, Emil, Umowa społeczna), filozofa i muzyka, twórcy dwóch oper i wielu rozpraw muzycznych, współpracownika encyklopedystów. Radykalne treści społeczne głoszone w jego pismach spowodowały prześladowania pisarza; zmuszony był udać się na tułaczkę do Szwajcarii, Francji i Anglii, co spowodowało u niego chorobliwe stany psychiczne. Pod koniec życia opublikował Przechadzki samotnego myśliciela, Dialogi i Wyznania; z tego ostatniego dzieła pochodzi zacytowany fragment (przekł. T. Boy - Żeleński, Warszawa 1956).

Genialny samochwał

     W 1798 roku spędzałem urlop w Paryżu i spacerowałem kiedyś po Palais - Royal, jeszcze nie wiedząc, jak zakończę resztę wieczoru. Moją uwagę przykuł oświetlony podjazd. Za oknami pierwszej kondygnacji w zastygłych pozach siedziało kilku starszych mężczyzn. Jeszcze nigdy w życiu nie zetknąłem się z szachami i nagle ogarnęła mnie ciekawość. Wszedłem do sali i zapytałem lokaja, to się tu robi i czy wpuszcza się osoby postronne. On odparł, że grają tu w szachy i że jest to specjalne stowarzyszenie, do którego można wstąpić, zapłaciwszy 12 su (**) za miesiąc i wpisawszy swoje nazwisko do księgi rejestracyjnej. Rzuciłem podwójnego talara: To za 12 miesięcy! Poprosiłem, by pokazano mi, kto jest uważany za koryfeusza i w przeciągu dwóch godzin obserwowałem jego grę. Sekrety szachów były dla mnie początkowo zupełnie niezrozumiałe, lecz obudził się we mnie bojowy duch i odważyłem się rzucić wyzwanie Monsieur Bernardowi, którego to widziałem wówczas przy grze. (...) Przyznam się, że pierwsze posunięcia przychodziły mi z trudem. Bezspornie, obrałem błędny plan i dość szybko poniosłem porażkę. Poprosiłem o rewanż i pan Bernard jako zwycięzca znowu wziął sobie białe figury - taka zasada wówczas panowała. Tym razem starałem się ulepszyć moją grę i uniknąć pomyłek z pierwszej partii, lecz po długiej i ożywionej walce znowu zanotowałem niepowodzenie. Poczułem, że czerwienię się aż po uszy. Choć widzowie prawili mi komplementy, czułem się niezmiernie zmieszany i pragnąłem zemsty. Lecz pan Bernard zmartwiony popatrzył na zegarek i oświadczył, że jest już wpół do jedenastej i że pora, by rozejść się do domów. Położyłem na stół talara, on odliczył mi 12 su reszty, które oddałem portierowi.
     Następnego dnia przyszedłem grać w zupełnie innym nastroju. Byłem tak głupi, że wstydziłem się wczorajszej swojej roli. Zemsta była pełną. Za wyjątkiem jednej partii, która zakończyła się remisem, pan Bernard przegrał wszystkie pozostałe; odtąd mogłem mu dawać piona i dwa posunięcia for.
     Od tamtego dnia nie wzmocniłem się ani na jotę i nie mogłem się wzmocnić. Trzech wieczorów - nie więcej - wystarczy w zupełności, abyś zrozumiał, co możesz osiągnąć w szachach. Tracić na to więcej czasu - to nonsens... (*)
(*) Złośliwi twierdzili, że Deschapelles (patrz rozdział poprzedni), bo od niego pochodzi ta opowieść, tak często ją powtarzał, aż sam w nią uwierzył. Legitymujący się szlacheckim pochodzeniem 18-letni młodzieniec służył wówczas w armii.

(**) Frank francuski dzieli się na 20 su, czyli na 100 centymów.

Robespierre oszukany

     Mieszkający na tej samej ulicy Świętego Honoriusza "Nieprzekupny", nawet w miesiącach najostrzejszego terroru jakobińskiego odwiedzał co pewien czas Cafe de la Regence, grając dla rozrywki w szachy. Któregoś dnia jego partnerem był elegancko odziany młodzieniec. Przegrawszy dwie partie, Robespierre chciał się pożegnać. Wtedy jego niedawny partner z miną najbardziej poważną wspomniał o nieuregulowanej stawce za grę. Robespierre speszony odparł :
- Stawka? Nie umówiliśmy się przed grą, jaka więc będzie?
Młodzieniec cicho powiedział:
- Stawką było życie ludzkie! Przegrał pan, proszę więc podpisać to! - i podsunął mu do podpisania gotowy dokument, który ułaskawiał pewnego arystokratę, wtrąconego do lochu, gdzie szykował się na spotkanie z Madame Guillotine, jak paryżanie nazywali pieszczotliwie okropne narzędzie kaźni. Robespierre, nie mający zwykle litości dla prawdziwych i urojonych wrogów rewolucji, machinalnie podpisał papier, szepcząc przy tym:
- Kim pan jest, u licha?
Padła odpowiedź:
- Jestem żoną tego nieszczęśliwego, którego właśnie ocaliłeś! - i zanim zaskoczony "Nieprzekupny" zdołał zebrać myśli, przebrana za mężczyznę dzielna niewiasta, unosząc akt ułaskawienia swego męża, opuściła kawiarnię, niknąc w tłumie wypełniających ulicę przechodniów. (*)
_____________________________________________________________________

(*) Maximilien Francois Marie de Robespierre (1758-1794), radykalny przywódca Rewolucji Francuskiej, adwokat, członek klubu jakobinów, w 1789 r. deputowany do Stanów Generalnych (parlament francuski), w 1793 r. członek Komitetu Ocalenia Publicznego; faktyczny przywódca rewolucji i kierownik polityki francuskiej. Orędownik wprowadzenia terroru, doprowadził do skazania i stracenia sprzeciwiających się masowym represjom Dantona i Saint - Justa. W lipcu 1794 r. aresztowany i zgilotynowany.

(Fragmenty z książki T. Lissowskiego i B. Maciei "Zagadka Kieseritzky'ego", Warszawa 1996)

http://szachowavistula.pl/vistula

e-mail

Valid XHTML 1.0 Transitional