Felietony
Fałszywe równanie

(polemika z Jerzym Konikowskim)
     We wrześniowym numerze "Panoramy Szachowej" mistrz Jerzy Konikowski, komentując wyniki turnieju pretendentów w Dortmundzie, sformułował kilka ogólniejszych uwag, które dotyczyły rozwoju młodych szachistów. Ponieważ autor słusznie cieszy się dużym autorytetem w kwestiach trenerskich, a wysunięte przez niego tezy żywo interesują wiele środowisk szachowego światka (działacze, rodzice, trenerzy, rodzice szachowej młodzieży), postanowiłem zabrać głos opierając się na własnym dwudziestoletnim doświadczeniu w pracy szkoleniowej w kilku klubach, małych i dużych. Mistrz Konikowski pisze:

     "W moim wywiadzie dla "Panoramy" (1/1999) podałem przykład Leko jako wzorcowy dla naszych szachistów. Węgier postawił na szachy i konsekwentnie realizuje swoją pasję życiową. Do szkoły nigdy nie uczęszczał, gdyż to by mu tylko przeszkadzało w regularnych treningach i startach w turniejach. Była to z pewnością trudna decyzja, ale słuszna, gdy ma się w planie przeskoczenie tak wysoko postawionej poprzeczki. Przypominam przypadek Roberta Fischera... Sam jestem już od lat wyznawcą tezy, że sportowca powinno się oceniać według jego wyników, a nie na podstawie uzyskanego wykształcenia. Byłem bardzo często za te "teorie" krytykowany przez naszych działaczy różnego szczebla. Jeszcze raz powtarzam, że nikogo nie interesuje stan "naukowy" czołówki światowej, np. Kasparowa, Ananda, Kramnika, Leko, Szirowa czy Topałowa."

     Tyle słów trenera. Dla jasności na początku pragnę stwierdzić, że z tezami mistrza Konikowskiego całkowicie się nie zgadzam. Twierdzę, że mistrz Konikowski bazuje na wątpliwych przesłankach i proponuje recepty, których konsekwentne i powszechne wdrożenie okazałoby się niezmiernie szkodliwe dla szachowej młodzieży, a więc w rezultacie dla całych szachów. A teraz po kolei:

1."Leko do szkoły nigdy nie chodził".
     Mistrz Konikowski nie precyzuje, czy chodzi mu o całkowite "olanie" szkoły, czy też o stwierdzenie faktu, że Leko - podobnie jak niegdyś dzieci wszystkich zamożnych rodziców - miał prywatnych nauczycieli i indywidualny tok nauki od wczesnych lat szkolnych. Jeśli mistrz Konikowski doradza młodemu szachiście: "ucz się w trybie indywidualnym", to ma moją zgodę. Jeśli namawia zdolną szachowo młodzież, by gremialnie i możliwie wcześnie poświęciła się WYŁĄCZNIE uprawianiu szachów - a tak niestety rozumiem jego wypowiedź - to głosi rzeczy bardzo szkodliwe. Dlaczego?
     Potrzeba kilkudziesięciu bardzo uzdolnionych ośmio-dziesięciolatków, aby po kilku-kilkunastu latach szkolenia wyrósł z grupy jeden arcymistrz wysokiej klasy. Kraj wielkości Polski może "wyżywić" tylko grupkę zawodowych szachistów, zresztą tylko pod warunkiem dobrej koniunktury gospodarczej, przychylności sponsorów itd. Itd. Jeśli nawet ktoś znajdzie się w tej grupce szczęśliwców, musi pamiętać o bezlitosnych prawach biologii; o tym, że najpóźniej po 50. roku życia trzeba się pożegnać z wyczynowym uprawianiem szachów, z życia z gry. Dawno minęły czasy, gdy jeden sportowy "wypad" z socjalistycznej Polski do strefy dolarowej, wsparty talentami handlowymi, "ustawiał" człowieka na rok wygodnego życia. Jak mówią nasi bracia Czesi: to se ne vrati!
     Jaką receptę na życie zamierza przedstawić mistrz Konikowski tym szachistom, którzy "postawili" w młodości tylko na szachy, a którzy albo nigdy nie przebili się chociażby do ścisłej czołówki krajowej, albo szybko i nieodwracalnie z niej wypadli? Co mistrz Konikowski zamierza powiedzieć starzejącym się rodzicom trzydziestoletniego szachisty z tytułem mistrza krajowego i bez żadnego zawodu, rodzicom zatroskanym o przyszłość swego dziecka, które poszło za błędnym ognikiem fischerowskiej sławy i poświęciło młodość wyłącznie na studiowanie gambitów i końcówek? Czy wzruszając ramionami rzeknie "Przecież mówiłem, że to trudna decyzja" i odeśle do fundacji "Gloria Victis"?
     Moja recepta jest inna. Ja mówię młodym szachistom: ucz się, poznaj języki, zdobądź wykształcenie, myśl nie na kilka ruchów (lat) naprzód, ale na kilkanaście!

2."Nikogo nie interesuje stan naukowy czołówki".
     Mnie ten stan zainteresował. Krótki przegląd literatury dowodzi, że dobre wykształcenie szachowych gwiazd było i jest niemal regułą. Profesorami byli Vidmar, Fine i Euwe. Doktorami nauk: Lasker, Tartakower, Alechin, Botwinnik i Petrosjan (syn dozorcy, sierota!). Studia ukończyli: Morphy, Anderssen, Tarrasch, Korcznoj, Portisch, Karpow, Olafsson, Sałow, Kasparow, Spasski, Tal i wielu, wielu innych. Niepełnymi studiami legitymowali się m. in. Zukertort, Steinitz i Winawer. Maturę mieli Keres, Smysłow i Bronstein.
     Mistrz Konikowski nie odnotowuje tych znanych faktów. Czyżby naprawdę uważał, że zdobyte w młodości wykształcenie przeszkadzało wymienionym osobom w uzyskaniu szachowego mistrzostwa?

3."Sportowca powinno się oceniać według jego wyników".
     Święta racja. Nikt, nigdy i nigdzie nie proponował innego rozwiązania. Co nie zmienia faktu, że przez całe dziesięciolecia gracze bez wyższego wykształcenia w reprezentacji ZSRR znajdowali się w wyraźnej mniejszości.

4."Przypadek Roberta Fischera".
     Życiorysy genialnych ludzi to wdzięczny temat na książkę, zwłaszcza jeśli się ją czyta w salonie własnego mieszkania lub domu, z miłą świadomością pełnego konta w banku. Wahałbym się jednak polecać biografię amerykańskiego arcymistrza jako przykład do naśladowania dla szerokich mas szachowej młodzieży. Którego Fischera chce zareklamować mistrz Konikowski: czy tego z lat 1960-1972, gdy w pojedynkę wygrał batalię z falangą szachistów radzieckich, czy tego późniejszego, który dobrowolnie skazał się na pustelniczy dwudziestoletni żywot w środku bogatego i oferującego wszelkie uroki życia państwa? Tego Fischera, który wygrał "Mecz Stulecia", czy jego "sobowtóra" z wieku XXI, jak ogłasza koniec szachów ("za dużo teorii") i szokuje politycznymi wypowiedziami, świadczącymi już to o niezrównoważeniu emocjonalnym, już to o pełnym niezrozumieniu problemów naszego świata?
     "Równanie Konikowskiego" twierdzące, że "mniej profesorów = więcej arcymistrzów" jest fałszywe. Próba jego popularyzacji wśród rodziców młodych szachistów nieuchronnie doprowadziłaby do opróżnienia sal szkoleniowych polskich klubów; jak matka zgodzi się na 90 - procentową pewność, że jej dziecko spotka w wieku dojrzałym katastrofa życiowa?!
     Dla ogromnej większości młodzieży szachy powinny być nie celem, ale środkiem. Środkiem wychowawczym, pasjonującą przygodą, interesującym hobby cieszącym przez całe, oby dostatnie życie. Żaden trener nie ma prawa traktować swoich podopiecznych jak metalu, z którego odlewa się pomniki. Wadliwe, niedoskonałe odlewy wędrują na śmietnik. A człowiek... Zaś dla fenomenów typu Capablanca, Reshevsky czy Leko należy obmyślać indywidualne rozwiązania. Geniusze nie lubią wydeptanych ścieżek.

http://szachowavistula.pl/vistula/

e-mail

Valid XHTML 1.0 Transitional